„Gdyby mężczyźni rodzili dzieci i byli regularnie gwałceni, to prawo bardzo szybko by się zmieniło, a odpowiednie procedury zostałyby wprowadzone na cito” – z dr Agatą Loewe-Kurilla, seksuolożką, terapeutką, założycielką Instytutu Pozytywnej Seksualności rozmawiam o kulturze gwałtu, skandalu z Marcinem Kąckim w roli głównej oraz o powstrzymaniu bezkarności sprawców przemocy seksualnej.
Gdy powiedziałam mojemu partnerowi, że będę rozmawiać z Tobą o kulturze gwałtu, stwierdził, że to określenie brzmi okropnie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale on ma rację – samo połączenie słów „kultura” i „gwałt” osłabia moc tego drugiego, łagodzi je, odbiera mu wagi, a przecież określenie „kultura gwałtu” oznacza coś pejoratywnego, okropnego.
Zwrot „kultura gwałtu” oznacza świat, w którym normą prędzej będzie przekraczanie granic drugiej osoby i naruszanie jej dobra, również cielesnego aniżeli dbanie o te granice, rozmowa o asertywności, słyszalne i respektowane „nie”. Nie bez powodu zaczęłam zajmować się pozytywną seksualnością – szukałam przestrzeni, które byłyby wolne od przemocy. Szybko okazało się jednak, że praca seksuologa to ciągła praca z przemocą – nie tylko tą w relacjach intymnych, ale również z przemocą instytucjonalną i społeczną.
Na czym polega ta przemoc?
Przekraczanie naszych granic zaczyna się bardzo szybko, bo już w dzieciństwie, gdy mamy do czynienia z władzą rodzicielską. Nie z opieką, a z władzą, kiedy ktoś sprawuje nad nami kontrolę – mówi nam, co mamy jeść, jak mamy jeść, w co mamy się ubrać, jak szybko mamy się ubrać i tak dalej. Tego typu podejście sprawia, że dziecko znika ze swoją podmiotowością. Kiedy wzrastamy w takim klimacie, nie mamy szansy przekonać się, że coś co dostajemy od innych ludzi, jest dla nas dobre albo złe. Obszary władzy nie dotyczą oczywiście tylko rodziców i dzieci. To również mężczyzna sprawujący władzę nad kobietą, pracodawca nad pracownikiem, osoby heteronormatywne nad osobami queer i tak dalej.
Skoro zdajemy sobie sprawę z toksyczności tego typu władzy, dlaczego kultura gwałtu wciąż ma się dobrze? Dlaczego sprawy takie jak skandal z Marcinem Kąckim wciąż wzbudzają całą gamę różnych reakcji – od uzasadnionej krytyki po nieuzasadnione uznanie? Gwałt jest zły, molestowanie seksualne jest złe, sprawca powinien ponieść karę, kropka. Tak powinno być, a nie jest. Jak to możliwe, że w XXI wieku oprawców wciąż wznosi się na piedestał, tłumaczy, próbuje usprawiedliwić?
Niestety z dużą władzą często idą duże pieniądze. W późnym kapitalizmie i kryzysie ekonomicznym nie wiemy, jaki czeka nas los. Jeśli mój dobrobyt zależy od kogoś, kto ma bardziej elastyczne podejście do panujących reguł społecznych, no to wtedy jestem narażona na to, że konsekwencje zachowań tej osoby uderzą w moje być albo nie być. Sprawcy są często kryci ze względu na to, jak bardzo ich inwestycje połączone są z szerszymi kręgami. Wiele osób myśli więc kategoriami „lepiej to zamieść pod dywan niż narażać się na utratę pracy, spokoju, dobrego imienia…”. Do dziś pamiętam aferę sprzed lat dotyczącą przekraczania granic pacjentek w gabinetach seksuologicznych. Wiele moich kolegów i koleżanek po fachu mówiło wówczas, że nagłaśnianie tej sprawy wpływa negatywnie na wizerunek zawodu seksuologa, więc nie należy o niej mówić publicznie.
Zgodnie z zasadą, że nie należy, za przeproszeniem, srać do swojego gniazda. Nie rozumiem i nie popieram takiego podejścia. W mojej pracy powiedziałam na forum, że tekst Kąckiego jest narcystyczny, kabotyński i nigdy nie powinien był ujrzeć światła dziennego. Jeszcze nie wiem, czy poniosę konsekwencje otwartego mówienia, że nie zgadzam się z wieloma osobami decyzyjnymi, w tym wicenaczelną Wyborczej, Olką Sobczak, które broniły Kąckiego, ale nie potrafiłam tej sprawy przemilczeć i udawać, że zgadzam się z szefami.
Nie mamy procedur, które chroniłyby osoby nadstawiające karku, by tego typu sprawy nagłośnić. To psychicznie bardzo eksploatujące, by stanąć przed kamerą albo napisać post na Instagramie i powiedzieć o tym, że jest się ofiarą albo survivorem (kimś, kto przetrwał). Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele czasu osobom, które doświadczyły przemocy, zajmuje rehabilitacja, poradzenie sobie z traumą. Wyobraźmy sobie, że nagle zostajemy ofiarami katastrofy, na przykład trzęsienia ziemi. Tracimy dom, bliskich, zdrowie. Wszyscy zadawalibyśmy sobie pytanie „dlaczego akurat mi się to przytrafiło?”. Trauma seksualna lub psychologiczna również jest takim trzęsieniem ziemi, na które ofiara nie ma wpływu – po prostu znajduje się w nieodpowiednim czasie i miejscu, spotyka człowieka, który ma za nic reguły społeczne i naszą zgodę. Taka trauma absolutnie dezorganizuje funkcjonowanie, zawodzi nasze poczucie bezpieczeństwa i zaufania do świata na bardzo fundamentalnym poziomie.
2024 rok jest rokiem Marka Hłaski, który był mizoginem, a o kobietach mówił per „kurwy”. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można szkodliwe poglądy czy zachowania artysty oddzielać od jego twórczości, jak – w czasach #MeToo, walki z chorobą alkoholową, która w Polsce zbiera żniwa, ogłaszać jednego z największych znanych polskich nie leczących się alkoholików i przemocowców artystą roku? Gdy słyszę teksty typu „Może i Polański jest pedofilem, ale robi świetne filmy”, scyzoryk mi się otwiera w kieszeni… Wiemy już, że w literaturze romantyzowany jest alkoholizm – Pilch, Hłasko, Wojaczek, Hemingway, Bukowski, Nabokov, długo by wymieniać nazwiska panów… Co zrobić, by skończyć z romantyzowaniem nadużyć seksualnych?
Dużo mówi się o feminizmie, LGBT+, a nawet o kinku, za to mało mówi się dziś o męskości. Patriarchatem trochę trzęsie, a jednak ciężko go obalić. Żeby to zrobić, każdy i każda z nas musiał_by zadać sobie pytanie, jak duży udział ma w kulturze gwałtu. Jak bardzo jesteśmy współtwórcami i współtwórczyniami przemocy w miejscu pracy, rówieśniczej, partnerskiej, rodzicielskiej, ekonomicznej. To wymagałoby od nas pokory, by przyznać, że też mamy w tym swój udział. Ze względu na patriarchalny sposób wychowania, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, uczy się, że ci pierwsi nie mają emocji, a te drugie mają cudze emocje ogarniać. Skutek jest taki, że faceci kompletnie nie potrafią sobie z emocjami radzić, a kobiety nie potrafią przyjąć mężczyzn, którzy otwarcie te emocje okazują. Mówi się o kobietach przed miesiączką, w ciąży albo podczas menopauzy, że im hormony do głowy uderzają. Mężczyźni też mają hormony, też mają fluktuacje nastrojów, też doświadczają stresu związanego z funkcjonowaniem hormonalnym.
Chwila, to teraz nadużycia seksualne mężczyzn mają tłumaczyć ich hormony i nieumiejętność radzenia sobie z emocjami?
Nie, bo nic nie usprawiedliwia przemocy. Przyglądamy się przyczynom, uwarunkowaniom. Wielu mężczyzn jest uczonych, żeby szukać bliskości poprzez seks. Jeśli ktoś im tego seksu nie chce dać, uczeni są z kolei, by sięgać po niego za pieniądze, z litości, siłą albo szantażem. W tym samym czasie kobiety wciąż socjalizowane są w taki sposób, że mają się z mężczyzną zgadzać, ulegać, mają się uśmiechać, mają dyplomatycznie dążyć do rozwiązań i nie zaogniać konfliktu. Dlatego tak wiele kobiet, świadomie lub nie, pozwala na przekraczanie swoich granic. To na terapii wiele z nich uczy się mówić „nie”, stawiać granice i budować swoją tożsamość na nowo. Tymczasem większość mężczyzn nie nadrabia zaległości, nie rozumie zmieniającego się świata i tym bardziej przemocowo i rozpaczliwie usiłuje „sięgnąć po swoje”. Romantyzują toksyczne zachowania, bo nie potrafią ich inaczej wytłumaczyć. Nie domyślają się, że prędzej czy później zostaną z nich rozliczeni, zwłaszcza gdy są osobami publicznymi.
Skoro już o terapii mowa… Kącki to kolejny mężczyzna, który zaraz po Gonciarzu tłumaczy swoje patologiczne zachowania uprawiając „ojojojanie”. Czyli: molestowałem kobiety, ale to wina dzieciństwa/rodziców/lat 90-tych i morza wódy/wpisz cokolwiek. Próbują wybielić swój wizerunek, powołując się na fakt, że obecnie są w terapii. Czy taka postawa nie stygmatyzuje sięgnięcia po pomoc psychologiczną? Co ma pomyśleć człowiek, który się terapeutyzuje i czyta, że tak naprawdę o wszystko, co robi źle, może obwinić rodziców albo „złe towarzystwo”? Gdzie kończy się pokrętne tłumaczenie, a zaczyna odpowiedzialność za własne czyny?
Wiele ofiar przemocy seksualnej mówi, że w momencie, kiedy były gwałcone lub molestowane, wolały umrzeć niż żeby to działo się dalej. Możemy sobie tylko wyobrazić, co takie osoby, które same często są w wieloletniej terapii, myślą i czują, kiedy sprawca próbuje wybielić się, mówiąc o tym, że sięgnął po pomoc psychologiczną i już „ma wszystko pod kontrolą”. Dobrze, że sięgnął, ale to w ogóle nie powinno być elementem dyskusji. Zmiana zachowań, myślenia, nie następuje po dwóch tygodniach terapii, prędzej po kilku latach. Proces terapeutyczny, by był skuteczny, wymaga wewnętrznej motywacji, głębokiej chęci zmiany i zaangażowania emocjonalnego w trudny proces. Jeśli sprawca nie ma w sobie potrzeby zadośćuczynienia, głębokiego poczucia winy i chęci wzięcia odpowiedzialności za popełniony czyn, publiczne podpieranie się terapią jest zwykłym aktem manipulacji. Nasze cierpienie w dzieciństwie może wytłumaczyć nasze późniejsze deficyty emocjonalne, ale NIE USPRAWIEDLIWIA dorosłych decyzji o naszym zachowaniu.
Wiesz, w czasie spotkania w Wyborczej, w której (jeszcze) pracuję, usłyszałam, że tekst Marcina Kąckiego spodobał się Mariuszowi Szczygłowi. I między innymi dlatego został opublikowany. Przypomniała mi się wtedy sprawa Tomasza Lisa, również oskarżanego o nadużycie władzy, którego bronił Jacek Żakowski, powołując się na „różnice pokoleniowe”. I mam do Ciebie takie mało poprawne politycznie pytanie – kiedy stare dziady w końcu zamilkną, a w dyskursie publicznym pojawi się głos ludzi młodych, świadomym społecznie, w tym głos kobiet?
Jestem mocno zaniepokojona tym, że młodzi ludzie nie są dopuszczani do głosu, by mówić o tym, że zmienił się język, zmieniły się zachowania. Nie całuje się już rączek, nie klepie po pupce, nie podrywa koleżanek z firmy, pyta o zaimki. Ale kobiety, żeby mieć odwagę zgłaszać zachowania przekraczające ich granice, czy to w pracy czy gdziekolwiek indziej, muszą mieć pewność, że nie zostaną ośmieszone, zwolnione albo zupełnie zignorowane. I tu znów wracamy do rozwiązań systemowych, których po prostu brakuje. Nie mamy wystarczających procedur, które objęłyby potencjalne ofiary absolutną ochroną.
#MeToo pokazało kobietom, które doświadczyły przemocy seksualnej, że mają prawo zabrać głos, mówić wprost o tym, co je spotkało, nie bojąc się stygmatyzacji. Z tym, że ta stygmatyzacja cały czas istnieje. Aż 9 na 10 zgwałconych Polek nie zgłasza tego na policję! Kobiety boją się narażać na dodatkową traumę, bo w większości przypadków są pytane o to, jak były ubrane albo czy były trzeźwe – to upokarzające. Te, które odważą się mówić publicznie, prędzej czy później usłyszą, że próbują coś ugrać albo są atencjuszkami. Jak mamy sobie z tym radzić? Co robić, skoro z każdej strony czyha grono „mądrych panów” i innych wpływowych osób, które wiedzą lepiej?
Mam nadzieję, że instytucje, a zwłaszcza kobiety w tych instytucjach będą podejmować inicjatywę, by wprowadzać odpowiednie procedury oraz edukować swoje koleżanki i kolegów w celu zwiększania wrażliwości na tego typu zgłoszenia. Warto w każdym przypadku, kiedy czujemy, że nasze granice zostały przekroczone, sięgnąć po pomoc. To może być telefon zaufania, na przykład Feminoteki, grupa wsparcia albo terapia u osoby specjalizującej się w pracy z ofiarami przemocy seksualnej. Bardzo ważne jest, by przełamać tę zmowę milczenia i odzyskać sprawczość nad swoją narracją. A robimy to, gdy zaczynamy mówić o traumatycznych przeżyciach i uświadamiamy sobie, że jest nas bardzo dużo. Wiedząc, że jesteśmy zrozumiane przez osoby, które mają podobne doświadczenia, otrzymujemy niezbędne wsparcie. Zabrakło mi podania informacji, gdzie i jak sięgnąć po pomoc, pod tekstem Kąckiego w Wyborczej i pozostałych tekstach w tym serwisie, które dotyczyły sprawy. To karygodne.
Do tego wszystkiego dochodzi prawo i system penitencjarny. Ostatnio dowiedziałam się, że Andrzej Ś., seryjny gwałciciel, który w 2010 roku grasował po Wrocławiu i został skazany za 20 gwałtów, a sam przyznał się do aż 96, w tym roku może wyjść na wolność. Jeśli nie, wydarzy się to w 2025. A.Ś. otrzymał wyrok zaledwie 15 lat więzienia, mimo że otwarcie przyznawał podczas trwania procesu, że zgwałci ponownie. Zastraszał prokuratorkę i policjantki, deklarował – już z zakładu karnego – że po wyjściu na wolność będzie działał dalej. Tymczasem kobiecie w Polsce, która zdecyduje się na aborcję, grozi nawet 10 lat pozbawienia wolności. Odnoszę wrażenie, że nie mamy żadnych praw, nie jesteśmy w żaden sposób chronione.
Wiesz, myślę sobie, że gdyby mężczyźni rodzili dzieci i byli regularnie gwałceni, to prawo bardzo szybko by się zmieniło, a odpowiednie procedury zostałyby wprowadzone na cito.
Padł_ś ofiarą przemocy seksualnej? Oto organizacje, z którymi możesz się skontaktować:
– Centrum Praw Kobiet: 800 107 777
– Fundacja Feminoteka: 888 88 79 88
– Niebieska Linia: 116 123
– Telefon Zaufania dla Młodzieży: 116 111
– Policja: 112
Jeśli padł_s ofiarą gwałtu możesz potrzebować:
– tabletki dzień po (powinno się ją zażyć najpóźniej 72 lub 120h po zdarzeniu w zależności od leku), możesz kupić ją w aptece na receptę,
– PEPu (leku przyjmowanego po ekspozycji na HIV; trzeba go zażyć do najpóźniej 48h po zdarzeniu, a jeśli kontakt był z osobą żyjącą z HIV, to najpóźniej 72h), możesz kupić go w aptece na receptę.
Jeśli nie masz środków finansowych na zakupienie wyżej wymienionych, otrzymasz je za darmo, gdy zgłosisz sprawę na policję. By sprawca poniósł konsekwencje, przydatna będzie również obdukcja lekarska.
Agata Loewe-Kurilla, PhD – psycholożka kliniczna i międzykulturowa, psychoterapeutka systemowa, seksozofka, seksuolożka i certyfikowana sex coach. Założycielka i współtwórczyni Instytutu Pozytywnej Seksualności. Od 2009 roku współpracuje z instytucjami działającymi na rzecz równości w zakresie płci, genderu, seksualności oraz relacji i dostępu do praw seksualnych człowieka. Prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną oraz organizuje i prowadzi zajęcia dla osób, które chcą lepiej rozumieć własną seksualność i profesjonalnie pomagać innym w tym zakresie. Związana ze Światową Organizacją Zdrowia Seksualnego (WAS). Wykłada na Uniwersytecie SWPS w Poznaniu, amerykańskim SCU, brytyjskim Pink Therapy oraz Uniwersytecie Milano-Bicocca. W trakcie certyfikacji na superwizorkę. Możecie jej posłuchać między innymi w podcaście Seksozoficznie! Sprawdź Instytut Pozytywnej Seksualności lub Instagram Agaty.
4 komentarze
Super wywiad! Myślę, że każda kobieta powinna go przeczytać, by nie bać się zgłaszać ewentualnych nadużyć że strony mężczyzn. Każdy facet również, ponieważ nawet nieswiadomie może być sprawcą molestowania.
Znam przynajmniej kilka osób które doświadczyły molestowania albo jakiegoś nadużycia ze strony mężczyzn. Od dziecka obserwuje różne niewłaściwe często skandaliczne zachowania i z przykrością przyznam że niewiele się w tej kwestii z biegiem lat zmienia. Boimy się zwrocic komuś uwagę i boimy się jak na naszą prośbę o pomoc zareagują inni. To wstyd, stygmat powiedzieć że zostało się zgwałconym bo tak jak czytamy w tekście mogliśmy wypić drinka albo nosić za krótką spódniczkę. O molestowaniu mówi się więcej w przestrzeni publicznej że należy karać sprawców, że to niedopuszczalne i powoduje traumę na całe życie a i tak mało kto by się do tego otwarcie przyznał. Lubimy trzymać się z daleka od cudzych nieszczęść i problemów.
Dopóki nie zaczną dotyczyć nas lub członków naszej rodziny udajemy że ich nie ma, nie istnieją. Nawet gdy nas dotyczą zamiatany pod dywan. Wiele jeszcze musimy się jako społeczeństwo nauczyć .
Super wywiad! Myślę, że każda kobieta powinna go przeczytać, gdyż wciąż pojawia się motyw molestowania, czy to w pracy, czy na imprezach, to jest i należy temu jakoś przeciwdziałać. Powinno to też trafić do wielu mężczyzn, gdyż ci, nawet nieświadomie, mogą być sprawcami.
Świetny wywiad! Super blog. Będę wracać.