środa, 15 kwietnia, 2026

Chcesz mieć dobry związek? Wybierz feministę

0 118

Jestem już cholernie zmęczona faktem, że w XXI wieku ludziom wciąż trzeba tłumaczyć, czym jest feminizm oraz że jego istota wcale nie sprowadza się do tyrania chłopów oraz zapuszczania włosów pod pachami.

Feministki (i feminiści) NIE uważają, że mężczyźni są gorsi od kobiet. Nie postulują też ich dyskryminacji ani, o zgrozo, terminacji. Chodzi o coś zupełnie innego, ale zanim się temu przyjrzymy…

 

Krótka historia feminizmu w Polsce

 

Feminizm dotarł do nas jak wszystko, z opóźnieniem, bo dopiero na początku XIX wieku. Kobiety domagały się wówczas dostępu do edukacji oraz praw wyborczych, o które walczyły przeszło sto lat, do 1918 roku. Z edukacją też wcale nie było różowo. Mimo, że na początku XX wieku mogłyśmy„już” studiować (jakieś 600 lat później niż mężczyźni), to jednak wciąż miałyśmy ograniczony dostęp do zawodów inteligenckich, o robieniu kariery akademickiej nie wspominając.

W szalonych latach dwudziestych z feminizmem w Polsce związane były głównie środowiska artystyczne. Postulowały prawo kobiet do legalnej aborcji i rozwodu, bo w tamtych czasach mężatki nie mogły ot tak po prostu odejść od męża.

Po II Wojnie Światowej nadeszły czasy PRL i feminizmu z dykty. Niby kobiety mogły angażować się w pracę do tej pory zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn (pamiętacie hasło „kobiety na traktory!”?), ale obowiązki domowe nadal były „babską sprawą”. Niby dostęp do antykoncepcji był powszechny, ale jej niska skuteczność sprawiła, że aborcja (za PRL legalna i na żądanie) pełniła funkcję kontroli urodzeń. O prawach kobiet nie dyskutowano, a jedyny słuszny, oficjalny feminizm marksistowski zakładał, że problemy kobiet wynikają z nierówności klasowych [sic!].

Nowa, demokratyczna Polska to również nowy oprawca kobiet, a więc kościół katolicki. To czas, kiedy do naszego kraju dotarła z opóźnieniem druga fala feminizmu, podejmująca temat edukacji seksualnej, podtrzymania legalnej aborcji i równouprawnienia na rynku pracy. Purpuraci mieli z tym problem, więc ówczesna lewicowa władza zdradziła kobiety i zawarła kompromis aborcyjny z kościołem. Aborcja na żądanie przestała obowiązywać. Od 1993 r. do czasu przejęcia władzy przez PiS w 2019 kobiety mogły usunąć ciążę jedynie w trzech przypadkach: jeśli stanowiła zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, istniało duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia/śmierci płodu lub gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego. Ze szkół zniknęła edukacja seksualna, zlikwidowano również rządowe dofinansowanie środków antykoncepcyjnych. Znalazłyśmy się, delikatnie mówiąc, w dupie, a i tak było lepiej, niż teraz [ale o tym innym razem].

Nowe millenium to trzecia i czwarta fala feminizmu w Polsce. Trzecia fala, nazywana też postfeminizmem, po raz pierwszy wyszła poza sprawy dotyczące wyłącznie białych, heteroseksualnych kobiet. Jej główny postulat w Polsce i na świecie głosił, że ludzie powinni być traktowani na równi bez względu na płeć, wiek, rasę, pochodzenie, wyznanie czy status ekonomiczny.

Czwarta fala skoncentrowała się na upodmiotowieniu kobiet. W XXI wieku w najbardziej cywilizowanych na świecie krajach wciąż sprowadzane jesteśmy do roli obiektów seksualnych, a nasze prawa są w najlepszym przypadku trywializowane, w najgorszym – łamane. Feministki czwartej fali obalają patriarchalne normy płciowe rodzące opresję i marginalizację kobiet, ale też mężczyzn. Ci ostatni w nie mniejszym stopniu niż kobiety padają ofiarą społeczno-kulturowych stereotypów na temat „prawdziwej męskości”. To, co odróżnia feministki czwartej fali od swoich poprzedniczek to fakt, że mają w ręku potężne narzędzie – internet i media społecznościowe.

 

Co robimy nie tak?

 

Minęło ponad sto lat, odkąd zyskałyśmy w Polsce prawo wyborcze i możliwość kształcenia się na uczelniach wyższych, a wciąż nie możemy w pełni o sobie samostanowić. Czy to znaczy, że prowadzimy naszą walkę o równość nie tak, jak trzeba?

Nie. Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy winne. Winni są ci, którzy nie rozumieją, że ryba psuje się od głowy, a walka z systemem to nie jest Fame MMA.

W latach 90. ub.wieku na pewno dałyśmy się zakrzyczeć przez kościół i przyjęłyśmy kompromis, który ostatecznie w nas uderzył. Na szczęście dziś jesteśmy coraz bardziej świadome własnych możliwości, coraz lepiej wyedukowane i coraz bardziej wkurwione.

Jeśli po przeczytaniu wszystkiego, co do tej pory napisałam, nadal uważasz, że prawa kobiet to fanaberia, feminizm jest nikomu niepotrzebną ideologią, a feministki zagrażają Twojej męskiej [lub żeńskiej] energii, uprzejmie

Nie dogadamy się.

A teraz do sedna.

 

Dlaczego idealny partner to feminista?

 

Bo nie boi się, że gdy Ty zyskasz pełne prawa, on straci swoje – doskonale wie, że to tylko gówniana narracja rozpowszechniana przez środowiska nacjonalistyczno-katolickie, które mają na celu utrzymanie starego, wygodnego dla dziadersów patriarchalnego porządku.

Bo doskonale zdaje sobie sprawę, że równouprawnienie nie polega na nabywaniu przez kobiety męskich cech fizycznych i nie będzie wymagał od Ciebie, że jako feministka podniesiesz 30-kilogramowy worek z piachem, skoro on, ważąc prawie dwa razy tyle co Ty, jest w stanie go podnieść.

Bo nie uprawia mansplainingu tylko rozmawia z Tobą jak równy z równym.

Bo rozumie, że jedynym ratunkiem dla świata jest pogrzebanie patriarchatu, z którego wynikają szkodliwe zjawiska społeczne, takie jak: rasizm, ksenofobia, homofobia, transfobia, mizoginia.

Bo nie widzi problemu w tym, żeby podzielić się z Tobą obowiązkami domowymi i/lub zawodowymi po równo, oczywiście jeśli Ty również preferujesz partnerską wersję relacji.

Bo nie wierzy w bajkę o tym, że gdy okazuje swoje emocje i słabości albo o siebie dba, staje się zniewieściały.

Bo skoro jest feministą, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że będzie dla Ciebie świadomym społecznie, elokwentnym partnerem do rozmowy.

Bo ma dystans do siebie i świata i nie boi się założenia kiecki w ramach akcji społecznej.

Bo wspiera Cię w Twojej walce o prawa kobiet: wychodzi z Tobą na protest, drukuje ulotki, niesie transparent z napisem „Moja macica, moja sprawa” i krzyczy „jebać patriarchat!”.

Bo, gdy urodzi Wam się dziecko, on chętnie pójdzie na tacierzyński i będzie je wychowywał każdego dnia, a nie tylko w weekendy i od święta. Albo wesprze Cię w Twoim macierzyńskim.

Bo rozumie, że żeby realnie coś zmienić w Polsce i na świecie, trzeba zacząć od rozporządzeń płynących z góry. Dlatego nie mierzą go parytety, feminatywy ani posłanki, które mówią w Sejmie o prawach kobiet, „zabierając tym samym cenny czas na ważniejsze sprawy”.

Bo traktuje Cię jak pełnoprawnego człowieka, podmiot, a nie przedmiot, istotę tak myślącą, jak seksualną, która – choć różnią Was pewne aspekty funkcjonowania (biofizyczne, poznawcze, behawioralne) – jest tak samo ważna, jak on i jego sprawy.

Oczywiście nie masz gwarancji, że jak facet jest feministą, to nie jest też zjebem, np. skrajnym egoistą albo socjopatą. Ale jednak szanse na to są mniejsze, kiedy zadajesz się z kolesiem świadomym społecznie, który nie traktuje Cię jak tła dla jego blasku, jak zaspokajaczkę jego męskich (w domyśle: ważniejszych) potrzeb, jak „dziwkę w sypialni, kucharkę w kuchni i damę na salonach”, a jak równoprawnego człowieka i partnerkę w rozmowie, pracy, życiu i współżyciu.

 

Po co napisałam ten tekst?

 

Napisałam ten felieton kilka lat temu, bo chciałam zrobić dobrze Wam i sobie. Bo chyba gdzieś tam, w środku, potrzebowałam przypomnienia, jak bardzo zmęczona jestem kompromisami w moim własnym życiu. I że nie chcę już związku z ćwierć-feministą, pół-feministą ani pseudo-feministą.
Albo facet to zna, rozumie, czuje albo ciao, bello, ciao, bello ciao. Inaczej ani Ty, ani ja, ani żadna z nas razem czy osobno nie zmieni nic w tym kraju, w którym nawet feminatywy wywołują powszechne oburzenie. I tak się będziemy bujać przez kolejnych sto, dwieście, trzysta lat z prawem do aborcji, z prawem do równych płac, do bycia i życia po swojemu.

Dziś, kiedy ów tekst sprzed lat edytuję, jestem w związku z feministą z krwi i kości, który – gdy zaczęliśmy się spotykać – nie zdawał sobie nawet sprawy, że nim jest. Nie fleksował się swoim rzekomym feminizmem jak niektórzy znani mi (pato)influencerzy, nie dorabiał feministycznej ideologii do własnych ciulowych zachowań, po prostu każdym swoim czynem pokazywał i nadal pokazuje, że w męskim świecie jest miejsce na potrzebę obalenia patriarchatu i wprowadzenia niezbędnej rónwnowagi.

Dopóki tak się nie stanie, czeka nas wszystkich i wszystkie jeszcze sporo wylanych łez. I bezsensownie przelanej krwi.

Zostaw komentarz