Bo sądzimy, że są lepsi od nas. Na tym w zasadzie mogłabym zakończyć ten wpis.
Autorytet, to – zgodnie z definicją – społeczne uznanie, prestiż osób lub instytucji z uwagi na posiadane kompetencje, władz. W sumie się zgadza, dopóki nie postanowisz sam/a powiedzieć „NOPE”. Nie uważam, że każdy autorytet należy kwestionować. Ale nie uważam też, że w kwestionowaniu każdego autorytetu jest coś złego. Na tym przecież polega społeczna odpowiedzialność, czyż nie?
Moje córki krowy
Pierwszym człowiekiem, którego autorytet poddałam w wątpliwość, był mój wujek, kuzyn matki, znany w swoim otoczeniu urolog, pławiący się w powszechnym blasku i lekarskiej chwale. Nie zakwestionowałam jego kompetencji, bo o urologii wiem tyle, że jak piecze przy sikaniu, to trzeba iść do lekarza xD, po prostu odważyłam się stwierdzić, że człowiek ten nie musi być życiową wyrocznią w kwestii wyborów, które podejmuję. Odkąd pamiętam, byłam porównywana do jego córek. Nie, nie przez moich rodziców, przez niego, jego żonę, jego matkę i generalnie całą część „lekarskiej” rodziny.
Od najmłodszych lat córki wuja uczyły się języków, jeździły konno, grały na różnych instrumentach, bo po prostu ich rodziców było stać na inwestowanie w nie w ten sposób. Moich nie było stać, więc jedyne, na czym grałam, to nerwy, a angielskiego uczyłam się na własną rękę. Co ciekawe, choć jedna z owych córek tak jak ja skończyła psychologię, jakimś cudem zawsze była „lepsza”, bo tę psychologię praktykowała, podczas gdy ja odważyłam się dokonać gwałtu na zacnym rzemiośle i pójść w dziennikarstwo oraz (o zgrozo!) marketing. Tak więc zawsze na większych rodzinnych spotkaniach moja mama, mój stary i ja traktowani byliśmy jak ubodzy krewni. Mój ojciec udawał, że mu to nie przeszkadza, moja matka chyba nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, a we mnie, im byłam starsza, coraz bardziej rodził się bunt.
Z czasem zaczęłam więc odpowiadać bardzo bezpośrednio na przytyki wuja i jego żony, obracać ich wywody w żart oraz mówić głośno i otwarcie o swoich sukcesach. To był pierwszy etap uwalniania się od myślenia typu „on ma pieniądze, wiedzę i ugruntowane pozycję społeczną, więc wie lepiej, jest lepszy i może więcej”. Etap drugi polegał na kompletnym odcięciu się od tej właśnie części rodziny. Stwierdziłam, że skoro ich napompowane ego działa mi na nerwy, to po chuj mam się denerwować? To było moje pierwsze „NIE” w narracji o moim byciu lub niebyciu w tej czy w innej rodzinie.
Era dziadocenu is over
Kolejna kwestia dotyczy białych, heteroseksualnych cis-mężczyzn w wieku średnim lub, nazwijmy to, mocno dojrzałym, którzy przyzwyczaili się do faktu, iż prowadzą narrację w świecie małym i dużym, poczynając od własnego domu, a na społecznym i publicznym dyskursie kończąc. Oni przez lata nadawali ton, chronili nawzajem siebie i swoje grzeszki [patrz: Woody Allen, Roman Polański, Bill Cosby, Harvey Weinstein, Kevin Spacey, Marcin Kącki, Piotr Głuchowski, Tomasz Lis… lista jest długa] i przyzwyczaili się do faktu, że są bezkarni, mogą wszystko i de facto rządzą światem. Sęk w tym, że czasy się zmieniły, kobiety nie siedzą już w domu pod miotłą, w większości nie są już finansowo zależne od mężczyzn, więc też uniezależniły się od nich na innych polach, odzyskując w ten sposób swoją podmiotowość i głos, którego przez setki lat nie miały. I ci panowie, ci władcy wszechświata, nie mogą, kurwa, tego przeżyć.
Zamiast wyjść z jaskini i zacząć przyswajać zasady nowego układu sił, oni usilnie trzymają resztki władzy, które im zostały, narażając się przy tym na ośmieszenie i publiczną nagonkę. Nie rozumieją, że ich męskie ego nie jest już w centrum wszechświata, a potem się dziwią, jak ktoś w ogóle śmie się im przeciwstawić. Zdaję sobie sprawę z tego, że utrata przywilejów musi być bolesna. Cóż, mnie też cycki bolały, jak rosły, a moje koleżanki bolało, jak im ich dzieci rozrywały waginy podczas porodu, no ale jakoś żyjemy, prawda?
Fakt bycia specjalistą w swojej dziedzinie nie czyni cię nieomylnym. Fakt, że twoje błędy, wykroczenia i uczynki karalne latami były tuszowane przez sztab ludzi mających na celu chronić twoje ego i twój wizerunek nie znaczy, że taki stan rzeczy będzie trwać w nieskończoność.
O tym, jak bardzo biali, heteroseksualni cis-mężczyźni będący osobami o ugruntowanej pozycji społecznej są odklejeni od jakiejkolwiek formy autokrytycyzmu niech świadczy poniższy fragment (do momentu, gdy Zofia przerabia tytuł artykułu pod płeć żeńską, około 33 min.):
Bycie autorytetem nie świadczy o nieomylności
O tym, że ludzie popełniają błędy nie muszę chyba mówić. Popełniają je też osoby będące autorytetami w danej dziedzinie. To raz. Dwa – fakt, że ktoś jest autorytetem, nie oznacza, że muszę się z tą osobą zgadzać, nawet kiedy nie popełnia błędu. Trzy – zauważcie, jak świat reaguje na błędy kobiet-autorytetów i mężczyzn-autorytetów. Te pierwsze są praktycznie od razu żywcem palone na medialnym stosie, ci drudzy od razu brani są w obronę przez rycerzy apokalipsy na białych koniach – wystarczy zobaczyć, jak ludzie chcieli się ze*rać w obronie Bralczyka gadającego kocopoły o feminatywach, które – że tak tylko przypomnę – były w języku polskim od wieków, dopiero PRL-owskie władze pozbyły się ich w ramach propagandy kreowania „progresywnej” Polski, gdzie każdy jest każdemu równy. Dziwi mnie, że tak wielki autorytet w dziedzinie językoznastwa tego nie wiedział… A może zapomniał? Hm…